Kilka ostatnich dni przed meczem Polska – Niemcy chcąc nie chcąc dałem się nakręcić przez ogólną atmosferę oczekiwania i ekscytacji. Zaznaczam, że meczy nie oglądam z zasady. Kiedy jednak sąsiadka zaproponowała nam (z racji nie posiadania odbiornika TV) obejrzenie meczu, uległem.
Chodząc po ulicach widziałem flagi na balkonach i w oknach. Po nabożeństwie jeden z braci wyznał mi, że ktoś mu ukradł z auta (wraz z anteną wyrwawszy nisetety) flagę polską. Wtedy poczułem, że jest jakaś istotna wartość w tym co się dzieje. Istotna bardziej, niż przemieszczanie kawałka baraniej skóry z miejsca na miejsce.
Jaka?
Sport to współzawodnictwo. Współzawodnictwo to zwycięstwo lub porażka. Zwycięstwo to chwała, a porażka to wstyd. Nie ma chwały bez rywala; nie ma chwały bez ryzyka hańby. Dlatego, choć boimy się wstydu, walczymy. Oczywiście, próbując zminimalizować ryzyko wstydu. Z drugiej strony, im ono większe, a jednak przezwyciężone, tym chwała większa.
Walczymy - poprzez naszych reprezentantów; osoby, z którymi się identyfikujemy. Cialdini zauważył kiedyś, że w przypadku przegranej reakcją obronną jest wyparcie owej identyfikacji – a więc “MY wygraliśmy”, ale “ONI przegrali”. Oczywiście, to są ci sami ludzie. Mechanizm reprezentacji jest bardzo ciekawy – coś, czego nie robimy uznajemy za WŁASNE – zwycięstwo lub (z przykrością) własną przegraną. Kryterium jest [w sporcie] albo miasto – barwy klubowe – albo państwo.
Niezależnie od tego, jak ocenimy owo zjawisko ono istnieje i jest faktem. Intensyfikuje się wtedy, gdy owo utożsamienie dotyczy dużej ilości osób. Staje się wtedy znaczącym zjawiskiem społecznym. Dzisiejszy poniedziałek byłby znacząco inny, gdyby Polska wygrała. Ludzie uwierzyliby w siebie, optymistyczniej spoglądali w przód. Poczuliby się dumni z bycia Polakami, być może przełamaliby kompleksy względem Niemców. I na odwót. Być może Niemcy musieliby zrewidować swoje zadufanie w sobie, przekonanie o swoje wyjątkowości, które – jakkolwiek nie mam na to żadnych naukowych dowodów i mogę błądzić, jest dośc popularną cechą reprezentantów tego narodu. I może słusznie, bo powodów do chwały mają coraz mniej.
Tu dochodzę do wątku teologicznego. Ryzykownego, bo niezbadanego. Sport, jako coś, co daje nadzieję, optymizm, przełamuje niesłuszne obraczanie się winą (założmy roboczo, że tak jest w przypadku Polaków, którzy moim zdaniem naprawdę en block dużo nad sobą w ostatnim pokoleniu pracowali) staje się najwyraźniej czynnikiem religijnym, czymś mającym wpływ na stan duszy.
Taki wniosek jest ryzykowny i dlatego, że należy zapytać, czy może to być duchowość Boża. Pierwsza nasuwająca się odpowiedź brzmi: raczej nie. Zamiast bowiem kierować nas ku Chrystusowi, kieruje nas ku odnajdowaniu tożsamości w ruchu piłki na boisku. Jest to nadzieja fałszywa, dziurawa cysterna zamiast źródła czystej wody, posługując się obrazem proroka Jermiasza.
Z drugiej strony, czynnikiem, który mnie determinuje w mojej tożsamości, obok Chrystusa i Ducha i Słowa, jest moja tożsamośc społeczna, narodowa. Posługuję się takim a nie innym językiem. Zostałem wychowany w takim a nie innym continuum historycznym, które ukształtowało moje spojrzenie na wolność, niepodległość, pracowitość, siebie samego, wartość rodziny, przyjaźni, głębokość zawiazywanych relacji, szczerość, Boga, małżeństwo, prawo, sprawiedliwość,miłośc, łaskę, itp. Historia MA znaczenie dla naszej oceny samych siebie, naszych możliwości, naszych problemów, naszych wad, potencjału, zapału, zdolności do mobilizacji, przełamywania siebie. W tym sensie – w kontekście przenikającej historię mojego kraju Opatrzności Bożej – kategoria historii Polski staje się kategorią teologiczną. A co za tym idzie przemiana owej polskości, czynniki kształtujące ją w sposób podobający się Bogu – również zjawiskami, które teologicznie można i nawet należy oceniać.
Kiedy patrzymy na historię narodów widać wyraźnie wpływ owych kategorii wynikających z Opatrzności Bożej, związanych z ogólną historią, na duchowość i gotowośc przyjęcia Słowa Chrystusowego. I tak np. koreański szamanizm wpłynął na skądinąd słuszny i cenny zwyczaj codziennych porannych modlitw koreańskich protestantów. Po prostu, przestali modlić się do bożków, a zaczęli do Chrystusa. Lub np. dla sukcesu Południowych Baptystów w USA w XIX wieku znaczące było ich przekonanie o tym, iż Południowcy wcale nie sa gorszymi chrześcijanami niż Jankesi – i zamiast skazywać ich na samopotepianie, wskazali im drogę wyjścia ze zniechęcenia i poczucia klęski przez zaangażowanie ich w dzieło światowej misji.
Jesli mam rację, sport jest duchowy, bo kształtuje tożsamość narodową, która dla duchowości ma określony wpływ. Pan Jezus ludzi upadłych wywyższał – wskazując im droge wyjścia. A zarozumiałych poniżał – wskazując im potrzebę zbawienia. To wskazówki dla reakcji na stan duchowy Polaków. Który można osądzać jako zły i zepsuty, ale może lepiej współczuć – skoro ból jest prawdziwy a nie na niby, i wtyd jest prawdziwy, a nie udawany – i wskazać nadzieję Gdzie Indziej. To by było w tym kontekście zastosowaniem zasady “płacz z płaczącymi i ciesz się z radosnymi” z Rz 12:15.
Z drugiej strony, nie wolno nam utożsamić się ze sportem bardziej niże z Chrystusem – to byłoby bałwochwalstwo. Nasza nadzieja i ojczyzna jest w niebie. Podobnie jak utożsamianie bardziej z narodem niż z Bogiem. To Chrystus jest źródłem życia chrześcijanina. To Jego bliskość i wierność daje nadzieję i nic i nikt nie powinny dawać jej bardziej. Nawet jeśli jesteśmy świadomi wpływu narodowości na nasz charakter i sposób przeżywania wiary.
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.